sobota, 15 listopada 2014

wątek 5 - rozdział 2#

Rozdział 2# - Przekleństwa codzienności


Kolejny dzień pełen przekleństw. Można by pomyśleć, że to się już nigdy nie zmieni. Prawdopodobnie tak będzie, ale w sumie ona zaczęła się przyzwyczajać. To nie jest nic nadzwyczajnego. Gwałtowne, mocne popchnięcie i Akihiko ląduje na podłodze. Zimnej posadzce damskiej toalety, rzadko uczęszczanej ze względu na unoszący się tam odór palonego tytoniu i zaschniętej krwi. Nie jest łatwo domyć pozostałości po rubinowym płynie z żył nastoletniej samobójczyni, zwłaszcza nie dokładając do tego najmniejszych starań. Dyrekcja nie dba o takie szczegóły. W końcu to nie jest płatna placówka. Kilka groszy potrafiłoby załatwić wiele spraw w tym środowisku. Wystarczy pomachać nauczycielowi przed nosem kilkoma banknotami i promocję do następnej klasy masz gwarantowaną. Nikt i tak tego nie robi, bo pieniądze są bardziej potrzebne. Nishimura przestała nosić przy sobie drobne, by nie ulegać kradzieżom. Zamiast tego ma lekkie (i cięższe) obrażenia, ale stać ją na chleb. "Dziś" wychodzi nieco poza codzienne schematy. Dziewczyna chwiejnie i z lekkim drżeniem podniosła się, stanęła mocno na nogach i odczekała chwilę, by całkowicie złapać równowagę. Prawie się udało, ale lekkie zachwianie sprawiło, że zaczęła powracać do poprzedniej pozycji. Jednak coś ją przed tym uchroniło, a raczej ktoś. Zadbany, wysoki chłopak o pomarańczowej czuprynie wyciągnął ją z pomieszczenia i wyprowadził na dach budynku. Rzucił krótkie, zaciekawione, ale trudne do rozszyfrowania spojrzenie w jej stronę i wycofał się do szkoły. Nie mogła w to uwierzyć. Ktoś jej pomógł...


Już pora wyjść. Yu Ri ubrała białą koszulę i okryła ją marynarką. Wcześniej na nogi wsunęła granatową spódnicę w białą kratę. Delikatnym ruchem pogładziła materiał od góry do dołu, patrząc na niego z dumą. *Chociaż tam muszę się postarać, by nie zmarnować tego co mam*- pomyślała. Pewnym krokiem ruszyła w stronę szkoły. Dzisiaj wyjątkowo miała pozwolenie na przyjście godzinę później. Niełatwo jest radzić sobie w jej wieku. Dostarczanie mleka nie jest zbyt wygodnym zajęciem, ale nic nie da się na to poradzić.  *Będzie lepiej, będzie lepiej...*-powtarzała w myślach aż stanęła u progu klasy. Nikt nie zauważył jej przyjścia. Nikt jej tam właściwie nie znał, nawet jeśli ona znała nazwisko każdego ucznia, który siedział w jej klasie, a także jego zainteresowania. Jest bardzo uważnym słuchaczem, nie chcąc tego zbytnio. Czymś trzeba się zajmować podczas przerwy. Wyjęła ze starej skórzanej torby niewielkie niebieskie pudełeczko, które zostawiła jej mama. Każdego dnia pakowała tam śniadanie... Jeśli można to tak nazwać. Była to jedynie kromka chleba i kartonik mleka. W porównaniu do innych uczniów jej śniadanie wyglądało na więzienne. Cóż poradzić... Nagle coś przykuło uwagę dziewczyny. Biała plamka na dnie znoszonej torby. Z zaciekawienia włożyła tam rękę. Natychmiastowym skutkiem decyzji był krzyk i spadnięcie z krzesła. Mysz w torbie, co?! Zaraz potem z ust chłopaka stojącego w rogu klasy wydobył się donośny śmiech. Nastolatek o jasnej, wręcz platynowej czuprynie zabrał swojego pupila z własności dzierlatki. Z zadziornym uśmiechem pogładził ją po policzku i wrócił na swoje miejsce. Zadzwonił dzwonek na lekcje.


Min Xiu po raz kolejny ubrała swój pogięty fartuch i zaczęła przechadzać się po okolicy w poszukiwaniu pacjentów. Oczywiście miała grupkę stałych "klientów", ale nigdy nie wiadomo czy po drodze nie znajdzie się jakiś bezdomny czy nie potrafiący chodzić człowiek. Nagle zza rogu wyszło dwóch mało przyjaźnie wyglądających panów. Dziewczyna już wiedziała co się święci... Chwyciła skórzaną apteczkę pod pachę i rzuciła się biegiem w lewo. Biegła bardzo szybko, ale gangsterzy wciąż siedzieli jej na ogonie. Gwałtownie skręciła w prawo i weszła do najbliższego mieszkania, którego drzwi były akurat otwarte. Odruchowo zasunęła drzwi na zasuwę i upadła na podłogę z ulgą na twarzy, jednak powstrzymywała oddech, by jej nie usłyszeli. Gdy kroki z zewnątrz ucichły, odetchnęła. Postanowiła rozeznać się w sytuacji, więc wstała i zaczęła się rozglądać. Była w niewielkim, jednopokojowym mieszkanku. Na ścianie wisiał kalendarz i zegar. Przy naprzeciwległej ścianie stało łóżko, a na nim leżała szczupła blondynka. Podeszła bliżej do właścicielki pokoju.
- Hej, przepraszam, że weszłam tu bez pytania - powiedziała cichym głosem na wypadek, gdyby dzierlatka spała. Prawdopodobnie słusznie, bo nie otrzymała odpowiedzi. Jako, że jej lekarski instynkt nie pozwolił na opuszczenie tego miejsca, podeszła jeszcze bliżej, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Nie spostrzegła ruchów klatki piersiowej, więc szybko odwróciła blondynkę na plecy i rozpoczęła udzielanie pierwszej pomocy. Na początku sprawdziła oddech. Na szczęście mimo jej obaw, dziewczyna oddychała. Ledwo, ale zawsze. Jej oczy były podkrążone jakby nie spała dwa tygodnie albo trapiła ją ciężka choroba. Xiu położyła rękę na czole nieprzytomnej i zamarła na 10 sekund. Już wiedziała co jest nie tak. Wyjęła z apteczki małą buteleczkę z niebieskim płynem, igłę oraz strzykawkę i wstrzyknęła substancję w żyłę swojej nowej pacjentki. Czekając na rozpoczęcie działania leku przysnęła w pozycji siedzącej, w rogu pomieszczenia.
"Czy w końcu umarłam? Czy to jest niebo? Czy może piekło? Jest ciepło... To pewnie piekło. Nieważne..  Już po wszystkim." - myślała Ji Rin, gdy zaczęła się budzić. Otworzywszy oczy, ujrzała światło a zaraz potem białe ściany swego mieszkania. "Nadal żyję..." - nieświadomie szepnęła.

- Tak. Żyjesz - powiedział głos z drugiego końca pomieszczenia.

- Kim jesteś? - lekko przestraszona Ji zaczęła się podnosić.
- Lekarzem. Nieźle się załatwiłaś...
- Po co tu jesteś? Nie potrzebuję lekarza... Już nic przecież nie da się zrobić.
- Masz rację. Tak powinno być, bo Twoja choroba szybko przechodzi w głęboki stan, którego nie da się cofnąć, ale... - Min Xiu zwiesiła wzrok i widać było jej zdziwienie.
- Ale co?
- Ale u Ciebie zatrzymała się na ostatniej wyleczalnej fazie. Chyba Twój organizm potrafi się postawić. Jesteś wyjątkowo wytrzymała. W końcu nadal żyjesz. Powinnaś być martwa od dwóch tygodni, gdyby wszystko szło zgodnie z planem żyjących w Tobie bakterii.
- Cóż za wzruszenie. Żyje dłużej niż powinnam. 
- Tak i pożyjesz nawet dłużej niż normalny człowiek. 
- Co masz na myśli?
- Jeszcze nie wiem dokładnie. Wytłumaczę Ci to kiedy indziej. Muszę pomyśleć i zrobić badania.
- Czekaj... Czyli ja mogę wydobrzeć?
- Nie czujesz się już lepiej? Stoisz bez problemu... I pomocy.
- Masz rację...  Jak to zrobiłaś?
- Podałam Ci pewien lek, który... Jak to powiedzieć.. Ostatnio ugotowałam...
- Co?! Jestem jakimś królikiem doświadczalnym?
- Pomaga, więc.. Nie martw się. Gorzej by być nie mogło. Nikt inny by Ci nie pomógł.
- DZIĘKI. Skąd się tu wgl wzięłaś?
Brunetka zamilkła, by zastanowić się czy powiedzieć prawdę... O tym, że gonili ją faceci z mafii, bo jest zamieszana w parę incydentów i trafiła tu przez przypadek. Ostatecznie postanowiła pominąć kilka mało (wg niej) istotnych faktów.

- Szukałam pacjentów i przez przypadek zobaczyłam przez Twoje okno, że jesteś nieprzytomna.

- Chyba miałam szczęście - lekko się uśmiechnęła, ale jej dusza skakała z radości. Nie rozumiała, jak jej sytuacja mogła tak drastycznie się zmienić. Na nowo miała ochotę się starać.. Teraz pojawiły się możliwości! 
- W takim razie ja już pójdę. Przyjdę jutro, by podać Ci leki. Spróbuj stopniowo przyzwyczajać się do częstego chodzenia. Za kilka dni powinnaś być w stanie pójść do szkoły. Trzymaj się – wyszła.
- Dziękuję.


Po wyjściu medyka, Ji Rin usiadła na łóżku. Po chwili wpatrywania się w okno ponownie wstała i powolnym, ostrożnym krokiem wyszła na zewnątrz. Odetchnęła kilka razy zimnym powietrzem, które lekko drażniło jej gardło. Jeszcze nigdy nie czuła się tak dobrze.  Był to pozytywny ból, dzięki któremu poczuła, że żyje. Nareszcie. Żyje.


*Teraz już czas, by wrócić do domu*- odetchnęła z ulgą młoda lekarka. Ogarnęła ją ekscytacja. Znowu udało się uratować komuś życie. Mimo tego sprawa śmiertelnie chorej dziewczyny jest zastanawiająca. Jak udało jej się przeżyć? O co w tym wszystkim chodzi? Tego musiała się dowiedzieć za wszelką cenę. Zafascynowało ją to, jednak w tej chwili marzyła tylko o położeniu się we własnym, ciepłym łóżku. Aby dojść do domu musiała przejść około dwóch kilometrów (których większą część wcześniej przebiegła), więc wyjęła z kieszeni lekko nadużytą już, szaro-białą mp3-ójkę i podłączyła do niej różowe słuchawki. Swobodnie przechodząc między zdewastowanymi budynkami, które od dawna świecą pustką, słuchała swojej ulubionej piosenki. Piosenki dosyć mało popularnej, ale trafiającej prosto w serce, której tytuł brzmi:„Take off mask”. Jest to rockowa piosenka, bo taką muzykę Min Xiu lubi najbardziej. Dodatkowo, głos wykonawcy sprawiał, że ciarki przchodziły przez całe ciało dzierlatki. Nagle, nucąc sobie w myślach, ujrzała szczupłą, wysoką sylwetkę. Ktoś stał po drugiej stronie ścieżki, opierając się o ścianę budynku, którego rozbiórka miała mieć niedługo miejsce. Chłopak o białej jak mąka cerze i dokładnie odwrotnym kolorze włosów. Trzymając gitarę w prawej ręce, obrócił spojrzenie w jej stronę.   



*Wszystkie nazwy i imiona prócz nazwy miasta oraz imion postaci męskich są zmyślone*

środa, 2 lipca 2014

wątek 4 - rozdział 10#

Park Min Xiu w ekspresowym tempie zmierzała na uniwersytet. Miała nadzieję zdążyć jeszcze na ostatnie wykłady. Tak, przydałoby się, biorąc pod uwagę fakt, że miały w przyszłym tygodniu zaliczenie, a ostatnio coraz częściej zdarzało im się omijać zajęcia..

Na całe szczęście wykładowca spóźnił się dzisiaj, więc dziewczyna zdążyła wbiec do Sali tuż przed nim. Zajęła wolne miejsce i głęboko odetchnęła. Musiała się teraz skupić, ponieważ Nat była w domu i to na jej głowie spoczęło sporządzenie notatek, a przecież.. *Cholera!* – pomyślała nagle tęczowo włosa, gdy zorientowała się, że puściła chorą przyjaciółkę samą do domu. *Nie nie nie nie… W porządku.. Na pewno któryś z chłopaków poszedł ją odprowadzić.. Są przecież rozważni, musieli zauważyć, że coś jest z nią nie tak…* - próbowała się uspokoić. W końcu jednak nie wytrzymała i wyciągnęła komórkę, po czym napisała do współlokatorki sms ‘a. Po 5 minutach zaczęła się martwić, bo nie dostała odpowiedzi. Tak. I na tym skończyło się jej „uważanie”. Ktoś jednak to zauważył i postanowił zainterweniować.

-Hej, Xiunia… - szepnął Minhyuk, który, jak się okazało, siedział obok niej. Dzierlatka spojrzała na niego zaskoczona, a na jego pytające spojrzenie odparła tylko:
-Nic mi nie jest.
-Jesteś pewna? – dopytywał się chłopak.
-Tak – odparła i uśmiechnęła się do niego.
-Więc może.. Chciałabyś wybrać się dzisiaj ze mną do kina? Wiesz, nie mam z kim iść, a dostałem 2 bilety więc…

niedziela, 25 maja 2014

Wątek 3 - Rozdział 6 - ZAWIESZAM

NIESPODZIANKA !!!.... Wprawdzie bardzo nie fajna :c
Zawieszam wątek DO ODWOŁANIA!!!
Nie oszukujmy się... dodaję posty bardzo nieregularnie, bardzo krótkie i ... nudne xD Straciłam już zupełnie chęć i przede wszystkim wenę, może zacznę nowy, jak to sobie poukładam, może wrócę do tego... pożyjemy zobaczymy ;)
Przepraszam Was bardzo, jećli zawiodłam mych najwspanialszych i najwierniejszych fanów :ccc Wybaczcie proszę...
Po prostu pisanie na siłę wydaje mi się bez sensu, bo nie czerpię z tego żadnej przyjemności, a ... nie uważacie, że to jest najważniejsze w pisaniu? 
Przepraszaaam jeszcze raz ;_; 


A teraz najkrótszy rozdział w historii <3 XDDDD

Od razu spostrzegł jej łóżko, tuż przy oknie, w które właśnie wlepiała swoje zmęczone, pozbawione życia zielone oczy. Kiedyś dało się w nich zauważyć ogrom energii i radość. Kosmyki długich, falowanych włosów spoczywały na jej ramionach.
Pod wpływam dźwięku skrzypiących, otwieranych drzwi odwróciła wzrok. Była w kompletnym szoku.
- Cześć – zaczął nieśmiało Sehun. – Dawno się nie widzieliśmy, nie?

niedziela, 11 maja 2014

wątek 5 - rozdział 1# - dzielnica rozpaczy!

Rozdział 1# - Dzielnica rozpaczy


Seul. Piękne, zatłoczone miasto. Wszędzie pełno ludzi zmierzających do konkretnego celu. Nikt się nie ogląda. Co jakiś czas ktoś odbiera telefon, kłóci się przez niego, dyskutuje na tematy biznesowe lub rodzinne. Wokół pełno eleganckich, oficjalnych stroi. Na ulicach roi się od drogich samochodów. Idealny przykład stolicy państwa. Ukazany w pięknym świetle na ekranie telewizora. No tak… Na ekranie… W dramie. Jeżeli ktoś ukazuje tylko bogate dzielnice i centra to zawsze będzie to tak wyglądało. Jednak to tylko pozory. Nie wszystko wygląda tutaj tak kolorowo. Właśnie to myśli sobie pewna dziewczyna, która siedzi przed 25-cio calowym telewizorem, który ledwo co odbiera sygnał z nadajników oddalonych o ponad 20km.  Tutaj nie ma telewizji kablowej. Tutaj – w najbiedniejszej dzielnicy Seulu, Junggun-gu, kolorowe jest jedynie lekko zgniłe jabłko nadgryzione dzień wcześniej. Nie zostało ruszone już więcej, bo w końcu trzeba oszczędzić coś na obiad. A tak… obiad. Już pora coś przekąsić. Brązowowłosa Yu Ri sięgnęła po napoczęty owoc i zawołała swojego starszego brata.

-Jin! Pora jeść – chłopak o włosach w jasnym odcieniu brązu wyszedł z sąsiedniego pokoju. Na jego twarzy nie było widać zachwytu, a nawet najmniejszego uśmiechu. Jednak zawsze, gdy widział twarz swojej siostrzyczki starał się zachowywać pozory. Spokojnie zasiadł przy stole naprzeciw niej. Dzierlatka wzięła do ręki stępiony już nieco nóż i pokroiła jabłko na dwie części. Postanowiła je dokończyć, bo za kilka godzin i tak już do niczego się nie nada. Starszy brat poklepał ją delikatnie po ramieniu i spojrzał w oczy.

-Obiecuję, że niedługo będzie lepiej. To moja wina, ale tym razem się postaram. Wyciągnę nas z tego. Szesnastolatka tylko opuściła wzrok i przesunęła talerzyk z posiłkiem w jego stronę. Następnie powoli skonsumowała swoją porcję. Chociaż nic nie odpowiedziała, on wiedział co sobie myśli. Wcale mu nie uwierzyła, w końcu tyle razy jej obiecywał, ale teraz był pewien. Tak naprawdę ona po prostu czekała. Nie obwiniała go, bo i tak już była przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy. Po śmierci ich rodziców nic się nie układało. Musieli głodować, by opłacić jej szkołę. Tylko jej, bo Seok Jin postanowił się poświęcić i porzucił naukę. Jakby to coś dało…




Zmęczona blondynka spojrzała na stary, pęknięty zegar wiszący na białej, pościeranej ścianie. Wybiła 3 po południu. Jednak ona nadal nie ruszyła się łóżka. Nie miała siły. To już głębszy etap jej choroby, a nawet nie może jechać do szpitala. Jak już przyjdzie co do czego, nawet nikt nie zauważy, że zniknęła. Rozpłynie się jak kropla wody. Wystarczy chwila i nie będzie nawet śladu. Nie licząc dodatkowego odoru rozkładających się zwłok. Może przynajmniej ktoś to poczuje i przetransportuje ją do dziury w glebie. Inne myśli nie zaprzątały jej głowy. Czekała tylko na koniec. W końcu podniosła się i wzięła do ręki drewnianą kulę, którą wystrugała, gdy jeszcze miała nadzieję na wyzdrowienie. Powolnym krokiem podeszła do kalendarza umieszczonego tuż pod zegarem. Podniosła czarny marker i skreśliła kolejny dzień. Dzisiaj wypada 15 maja. To już dwa lata, od kiedy dowiedziała się o swojej chorobie. Nie mogła nawet podjąć leczenia, jej ojciec pozostawił po sobie tylko długi, które już z resztą zostały spłacone. Jej własnością. Wszystkim co miała. Włączając w to dom. Później mogła sobie pozwolić jedynie na najmniejsze mieszkanie w Junggun-gu. Poza zegarem, kalendarzem, lodówką, toaletą, ciepłą wodą i łóżkiem nie było tam nic. No może prócz sterty opakowań po ramenie. A no tak. Jednak było coś co jej zostało i komornik tego nie zabrał. Pięćdziesiąt opakowań ramenu. To na szczęście pożywienie o długiej dacie przydatności. Mimo to nie smakowało zbyt dobrze ze względu na brak wrzątku. Natasha mogła się zadowolić jedynie lekko ciepławą, twardą masą z dodatkiem ostrych przypraw. Dla niej i tak to już nie miało znaczenia. Dwa dni temu przestała żywić się nawet tym. Nie jadła już nic. Tylko co jakiś czas wypijała szklankę wody. Właśnie teraz podeszła do kranu i nalała sobie trochę. Pojedynczymi łykami opróżniła naczynie i z powrotem wróciła do łóżka. Ułożyła się wygodnie. Przynajmniej tak myślała, bo nie odczuwała nic nadzwyczajnego. Nie dbała o to. Wbiła wzrok w sufit, a ręce splotła nad głową. Po dłuższej chwili, jej powieki opadły, a ona zapadła w głęboki sen…



Drobna Japonka o blond włosach sięgających do ramion odmawiała właśnie modlitwę. To już siódma rocznica śmierci jej matki. Po tym jak przeniosły się do Korei Południowej, spędziły wspólnie jedynie trzy lata. Teoretycznie. Jej matka pracowała przynajmniej 11 godzin dziennie, później wracała na dwie godziny i wychodziła znowu. Nikt nie wiedział gdzie włóczyła się w nocy. W końcu któregoś dnia nie wróciła. To tyle, nic wielkiego. Nic wielkiego, gdyby nie to, że zostawiła swoją dziewięcioletnią córkę na pastwę tego okrutnego świata. Szkoła w której się uczyła nie była zbyt tolerancyjna. Uczniowie akceptowali jedynie osoby tego samego pochodzenia, które ulegały ich wpływowi. Akihiko nigdy taka nie była. Zawsze postępowała sprawiedliwie i według własnego zdania. Zawsze ciężko pracowała na swój sukces. W przyszłości chciała czegoś dokonać, czegoś co pomogłoby w jakiś sposób światu. Po stracie ostatniego członka rodziny, który utrzymywał z nią kontakt, była zdana na siebie, więc te plany odeszły gdzieś daleko. Teraz zależy jej jedynie, by przetrwać. Zamieszkując małą, brązową chatkę w Junggun-gu i tak nie miała innych możliwości. Jedyne co miała to nadzieja na lepsze jutro i sterty książek, które dostała od miłego pana – właściciela pobliskiej biblioteki. Oczywiście dostawała tylko książki, których nikt nie czytał. Chociaż czasem trafiało się coś popularnego. Jednak głównie były to lektury naukowe. Ten właściciel nie był biedny, ale lubił prowadzić skromny tryb życia, dlatego mieszkał w okolicy. Dzierlatka, żeby jakoś sobie poradzić czasem pomagała mu w interesie. Stała w weekendy po kilka godzin za biurkiem i od czasu do czasu obsługiwała klientów, którzy pragnęli wypożyczyć jakąś powieść lub innego rodzaju utwór. Nie jest to jakieś wymagające zajęcie, ale lepsze niż bezczynne siedzenie. Poza tym uczęszczała wciąż do szkoły. Szkoła… Każdy dzień przebywania tam jest dla niej jak koszmar, który trwa wieczność. Ze względu na jej pochodzenie i niezbyt uległy charakter, nie jest łatwo. Musi uważać, bo cokolwiek zrobi spotyka się z szykanowaniem i prześladowaniem. Najmniejszy błąd, najcichsza uwaga w stronę innego ucznia i nie ma spokoju przez następny miesiąc. Później wraca do domu z siniakami, brudnym mundurkiem lub cała mokra. Czasem nawet z powierzchownymi ranami. Najgorsze jest to, że nauczyciele to widzą, ale nic z tym nie robią. W końcu jest tam tyle innych dzieciaków, więc kogo obchodzi los jakiejś pojedynczej dziewczyny. To i tak nie ma dla nikogo znaczenia…


Długowłosa brunetka biegnie właśnie ciemną uliczką Seulu. Już prawie wkroczyła na teren Junggun-gu. Jeszcze trochę i uda jej się zgubić ludzi, którzy ją gonią. Wie, że musi biec szybciej, bo inaczej nie uniknie najgorszego. Już wiele razy miała siniaki, rany, krwawiło jej z nosa, ale co miała poradzić. Musiała jakoś żyć, nawet jeśli okradanie gangsterów to mało bezpieczne zajęcie. Była całkiem sprytna, więc umiała umknąć tak, że nawet by się nie zorientowali, że coś zabrała. Czasem jednak zdarzało się, że ją przyuważyli i wtedy już inaczej to wszystko wyglądało. Min Xiu skręciła gwałtownie w prawo, by zmylić pościg. Zwinnym ruchem wskoczyła na niewysoki mur. Po przekroczeniu go, otworzyła klapę do dużej rury kanalizacyjnej. W połowie przeszła przez klapkę, która była nad jej głową. Tym sposobem udało jej się dostać do domu. Przemyła ręce i odwinęła skradzione pożywienie oraz trochę gotówki. Następnie dokładnie obmyła folię, by móc ponownie jej użyć. Jedzenie starannie ułożyła w niewielkiej szafce nad stołem. Wymiar jej mieszkania wynosił nie więcej niż 5m x 4m. Pieniądze włożyła do skórzanej, przetartej już, niewielkiej torby. Zdjęła buty i weszła do łazienki. Rozebrała się z ubrań. Dokładnie zmyła z siebie brud (na tyle dokładnie, na ile pozwalała jej woda z miski). Na koniec pokropiła się niewielką ilością perfum z Egiptu. Ostatnim prezentem od jej rodziców, po tym jak zostali zamordowani. Gdy już się przebrała, starannie przeczesała włosy i spięła je w niedbałego koka, a na głowę założyła czapkę z daszkiem. Zabrała zdobytą gotówkę i pobiegła do sklepu medycznego. Kupiła potrzebne akcesoria. Zamiast wrócić do mieszkania, ruszyła w stronę małej kliniki. Nie był to żaden specjalistyczny ośrodek. Po prostu mała klinika prowadzona przez bardzo starego, uznanego lekarza. Przychodzili tu okoliczni mieszkańcy. Mimo iż lecznica nie posiada drogiego sprzętu, każdy ufa tutejszemu leczeniu. Dodatkowo, nikt nie pobiera za nie opłaty. Nastolatka założyła biały fartuch lekarski, zdjęła czapkę, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Była dumna ze swojego zajęcia, mimo że nie ma z niego żadnych korzyści materialnych. Cieszyła się jednak, że może pomagać. Zwłaszcza, że dużo osób tutaj potrzebuje pomocy…




*Wszystkie nazwy i imiona prócz nazwy miasta oraz imion postaci męskich są zmyślone*