Rozdział 4# - Cześć
Pierwszy dzień szkoły po sporej nieobecności miał nastąpić już jutro. Kiedyś wzorowa uczennica, dzisiaj tajna agentka - Park Min Xiu na szczęście nigdy nie zapomniała o nauce i jest na bieżąco z materiałem. Mimo to, jej zadaniem jest by nie zwracać na siebie uwagi, więc musi trzymać swe wyniki na jak najniższym poziomie i nie może zdradzić nikomu swoich umiejętności. Niestety jest to trudne zadanie i oznacza całkowitą zmianę trybu życia. Od teraz musi zapomnieć o swoich pacjentach (przynajmniej kiedy ją obserwują, czyli w godzinach zajęć szkolnych). Nikomu nie może się zwierzać, ani zawierać przyjaźni. Dobrze by było, gdyby stała się niewidzialna i przyglądała się tylko wszystkiemu z boku, ale jest to niemożliwe. Dostała więc, rolę szkolnego „chuligana”. Ludzie mają się jej bać i trzymać się z daleka. Proste i jasne… No może nie do końca proste, bo Xiu z natury jest raczej łagodną osobą i stara się unikać bójek, więc zazwyczaj po prostu ucieka. Czeka ją nie lada wyzwanie, bo musi udawać okrutną, bezlitosną i oziębłą. Udało się jej za to wynegocjować pewne szczegóły. Nie będzie musiała nikogo bić, bo po szkole zostanie puszczona plotka o tym, że jej ojciec jest mordercą. Więc tak długo jak nikt do niej nie podejdzie, wystarczy, że będzie „zabijała wzrokiem” i nie będzie przestrzegała „regulaminu szkolnego”. Niby nic wyjątkowego, w szkole do której idzie, ale to dobrze.
A
teraz już pora iść spać…
Kolejny dzień rozpoczął dźwięk
budzika, który ledwo już tyka. Park ma go od około dziesięciu lat i dziwi ją,
że ten nadal działa. Jednak nie to jest teraz ważne. Ważne jest, by dzierlatka
wstała w końcu z łóżka i poszła do szkoły. Tak… Wreszcie nadszedł czas powrotu.
Szczupła brunetka nałożyła starannie wszystkie elementy swojego mundurka, a
później spojrzała w lustro, by przyjrzeć się całości. Ujrzawszy swe odbicie,
załamała się całkowicie. Zgniłozielona marynarka oklejona była od góry do dołu
różnego rodzaju czaszkami, wyglądała jakby jakiś archeolog wywieszał na niej
swoje trofea. Spódniczka natomiast była rozdarta poziomo, tak że jej długość
zdecydowanie nie zgadzała się tą dozwoloną w regulaminie. *przesada* - pomyślała Xiu i postanowiła trochę poprawić sytuację. Pozbyła
się większości szkaradnych naszywek
górnej części garderoby, pozostawiając jedynie najgroźniej wyglądającą,
przyklejoną w miejscu herbu szkoły. Pech chciał, że spódnicy nie dało się
odratować, więc pozostało jej jedynie założyć spodnie od męskiej wersji
mundurka, którą kiedyś kupiła w celach kamuflażowych. *a no tak… damska marynarka nie pasuje do spodni…*- założyła więc
cały zestaw przeznaczony dla płci przeciwnej i przekleiła czaszkę z
poprzedniego. *haha, może po prostu będę udawać
chłopaka?* - związała włosy w kok i założyła na głowę luźną czapkę, która i
tak była dla niej przygotowana jako element stroju. Teraz pozostało tylko
wyjście z domu i udanie się we właściwe miejsce.
Dla
Ji Rin także przyszła pora na pójście do szkoły. Jej zapał zdecydowanie różnił
się od tego jaki wykazywała jej uzdrowicielka. Z uśmiechem od ucha do ucha
szykowała swój szkolny uniform na jutrzejsze wyjście. Nie mogła się już
doczekać. Cała drżała z podekscytowania na myśl o ponownym siedzeniu w ławce.
Czynność, której większość osób nienawidziło, stała się dla niej tą najbardziej
wyczekiwaną. By móc jak najszybciej do niej doprowadzić, położyła się wcześniej
do łóżka.
Sen przyszedł po godzinie…
Następnego poranka nie obudziła
się za wcześnie dzięki temu, że poprzedniego dnia nie nastawiła budzika.
Biologiczny zegar w głowie dziewczyny zbudził ją o 7:00. Jak najszybciej wzięła
prysznic i zaczęła przygotowywać się do wyjścia. W dwie minuty zjadła
śniadanie, a już o 7:30 stała przy drzwiach trzymając za klamkę. Chwyciła już
tylko swoją starą torbę, zamknęła drzwi na klucz i pobiegła w stronę placówki.
W drodze zatrzymało ją pewne
niepokojące wydarzenie. Dwóch dosyć wysokich chłopaków trzymało za ramiona
trzeciego o jasnych, kasztanowych włosach. Wyglądał jakby zaraz miał
„odpłynąć”, a na jego twarzy i dłoniach widać było siniaki. Zobaczywszy
to, Rin cofnęła się dwa kroki do tyłu i
zastygła. Wtedy pobity nastolatek został rzucony o ścianę przez podtrzymujących
go wcześniej osobników. Dzierlatka nie miała pojęcia co zrobić. Nie potrafiła
patrzeć bezczynnie na cierpienie nieznajomego, ale wiedziała, że nie poradzi
sobie sama z oprawcami. Schowała się za najbliższą ścianą i krzyknęła, aby
odwrócić ich uwagę. Gdy zaczęli biec w jej stronę przebiegła na drugi koniec
muru, wybiegła zza niego i pomogła poszkodowanemu wstać. Udało im się uciec i
ukryć kilkadziesiąt metrów dalej w jakiejś starej piwnicy.
Ledwo dychający młodzieniec
uśmiechnął się do swojej wybawczyni i osunął się na ziemię, podpierając się
ścianą. Dziewczyna dosiadła się obok niego i z troską w głosie spytała:
- Bardzo boli? Jak się czujesz? – niestety nie otrzymała odpowiedzi. Chłopak zaprzeczył tylko potrząsając lekko głową, po czym wyjął z kieszeni mały notatnik i ołówek.
- *mogło być gorzej, wciąż czuję wszystkie kończyny i mogę oddychać* - napisał i podał jej kartkę.
- To… chyba dobrze, ale myślę, że powinniśmy iść do szpitala – zignorowała fakt, że chłopak nie mówi, bo mógł to być niewłaściwy temat do poruszenia podczas pierwszego spotkania, poza tym nie było to w tej chwili istotne.
- *nie… naprawdę… to tylko powierzchowne rany. Nie widać tego, ale jestem całkiem twardy i wytrzymały* - podał jej kolejną kartkę, uśmiechając się przy tym lekko.
- Okej… W takim razie, może odprowadzę cię do domu? – zaproponowała zmartwiona, że w drodze do domu znowu może mu się coś stać.
- *właściwie to muszę iść teraz do szkoły, bo jeśli opuszczę dzisiaj zajęcia to mogą mnie zawiesić albo wyrzucić*
- Chodzisz do liceum w tej okolicy?
- *tak*
- To chodźmy razem! Właśnie byłam w drodze.
- *okej* - powoli zaczął podnosić się z ziemi.
- Jak masz na imię? – chwyciła go pod ramię, by ułatwić mu przemieszczanie się.
Podał jej skrawek kartki z notatnika.
- Ja mam na imię Ji Rin. Miło mi
cię poznać… Ilhoon.
Akihiko
siedziała zdezorientowana w rogu ciemnej budki. Nic nie widziała, bo do
pomieszczenia nie dostał się nawet jeden promyk słońca. Czuła się jakby
straciła wszystkie zmysły. Nic nie widziała, nic nie czuła, a jedyne co słyszała to swój własny oddech i
bicie serca. Po chwili nieco się opanowała i postanowiła wstać. Ledwo zdążyła
wyprostować nogi, gdy coś pociągnęło ją
w dół z ogromną siłą.
- Nawet nie próbuj ruszać się z miejsca – usłyszała męski
głos. – Jeśli ruszysz tę zasłonę to źle się to dla ciebie skończy.
- Kim je… jesteś? – spytała, nie wiedząc jak ma zareagować.
- Mam na imię Taehyung – ton jego głosu złagodniał.
- Ja… muszę stąd iść… szukam kogoś… - zaczęła się tłumaczyć i znowu podjęła próbę wstania.
- Nigdzie nie idziesz! – mocno chwycił ją obiema rękami i ściągnął w dół tak, że wylądowała na jego kolanach – Po prostu siedź i się nie ruszaj.
- Do.. dobrze… ale daj mi normalnie usiąść – powiedziała niepewnym głosem.
- Nie.
- Kim je… jesteś? – spytała, nie wiedząc jak ma zareagować.
- Mam na imię Taehyung – ton jego głosu złagodniał.
- Ja… muszę stąd iść… szukam kogoś… - zaczęła się tłumaczyć i znowu podjęła próbę wstania.
- Nigdzie nie idziesz! – mocno chwycił ją obiema rękami i ściągnął w dół tak, że wylądowała na jego kolanach – Po prostu siedź i się nie ruszaj.
- Do.. dobrze… ale daj mi normalnie usiąść – powiedziała niepewnym głosem.
- Nie.
Japonka
usłyszawszy jego odpowiedź popłakała się ze strachu. Wtedy chłopak rozluźnił
nieco swój chwyt i jedną ręką pogłaskał ją po głowie. Nie puszczając, przesunął
się tak, że siedzieli obok siebie.
Przez
następne cztery godziny siedzieli w ciszy…
Słońce
zaszło i tajemniczy młodzieniec spostrzegł to. Podniósł się, stawiając przy tym
na nogi roztrzęsioną Aki. Odsunął materiał i wyszedł na zewnątrz. Następnie
szybkim tempem wbiegł do szkoły. Dzierlatka nie zdążyła, w żaden sposób,
zareagować , a kilka sekund później widziała jak Taehyung wybiega z budynku.
Dopiero teraz dostrzegła ognistą barwę jego włosów, które oświetlała, stojąca
na dole, latarnia. *więc to jego
szukałam*
Po kilkuminutowym
postoju na szkolnym dachu, Akihiko zdecydowała, że czas już pójść do domu, już
zdążyło się zrobić ciemno. Powinna była iść kilka godzin wcześniej. O tej
godzinie nikt nie wychodzi już na zewnątrz, przynajmniej nie w tej okolicy. Nie
licząc oczywiście podejrzanych typków, których nikt nie chce spotkać. Założyła
plecak na ramiona i pobiegła ile sił w nogach. Niestety kondycja dziewczyny nie
jest zbyt dobra, więc zwolniła i zaczęła iść spacerkiem już sto metrów od
wejścia. Zamknęła oczy, by nie myśleć o tym co jest wokół. Wyobraziła sobie
jasną ścieżkę pokrytą śnieżnobiałą kostką, po której bokach rosła
soczystozielona trawa. W tle słychać było śpiewy ptaków i lekki szum wiatru.
Osobista kraina Nishimury, której nikt nie mógł jej zabrać. Gdy otworzyła oczy
spostrzegła, że widzi wszystko co sobie wyobrażała. Było niczym prawdziwe.
Niestety zniknęło wraz z pojawieniem się pierwszych kropli deszczu, które
zamieniły się w ulewę. Jednak nastolatka nie poczuła na sobie ani kropli.
Zagadka wyjaśniła się, kiedy spojrzała w górę. Zobaczyła nad sobą kruczoczarną
parasolkę, a trzymał ją rudowłosy chłopak, którego widziała jeszcze pół godziny
temu, jak wybiegał ze szkolnego budynku. Nic nie mówiąc podążał za nią. Japonka
także nie miała zamiaru poprowadzić rozmowy. Po prostu szli w ciszy, aż dotarli
pod jej mieszkanie.
To już
drugi dzień pobytu w szpitalu. Ten czas dla Yu Ri jest niczym wieczność. Od
rana nic nie robiła. W końcu podniosła się na nogi, by rozprostować kości i
przejść się po korytarzu. Wtedy zobaczyła telefon stacjonarny, który wisiał tu
za drzwiami i uświadomiła sobie, że od wczoraj nie miała kontaktu ze swoim
bratem. *musi się martwić i mnie szukać, jak mogłam o nim zapomnieć?!* Szybko
podniosła słuchawkę i wykręciła domowy numer. Jeden sygnał, dwa sygnały, trzy
sygnały… i nic. *pewnie wyszedł*
Zrezygnowana dzierlatka zmierzała już w stronę swojej sali, gdy ktoś ją
zawołał.
- Yuuuuu! – krzyknął Jin, biegnąc ku niej z prędkością
światła.
- Jin-ie! Co tu robisz? – spytała zdziwiona, ale jednocześnie szczęśliwa
dziewczyna.- Jak to co? Przyszedłem cię odwiedzić! Nawet nie wiesz jak się martwiłem! Dlaczego nie uważałaś?! – z oczu zaczęły mu lecieć łzy.
- Przepraszam! Powinnam była od razu zadzwonić! – przytuliła go i otarła mu twarz swoim rękawem. – ale jak się o mnie dowiedziałeś?
- Aaa… twój chłopak do mnie przyszedł i wszystko mi opowiedział.
- Aaa… CO? Ja nie mam chłopaka!
- Mówił, że jest twoim chłopakiem.
- I co? Tak po prostu to mówisz? Wgl się nie przejmujesz tym, że twoja jedyna siostra „ma chłopaka”?
- Gość wyglądał i brzmiał całkiem w porządku.
- Nie wierzę, że jesteś moim starszym bratem, ech… Wiedz jednak, że to nie jest mój chłopak.
- Peeeeewniee ~ - przytaknął z zadziorną miną, po czym poszli razem do sali.
Dwie godziny później Seok
Jin musiał opuścić szpital, by udać się do pracy. Zostawił więc swoją
siostrzyczkę pod opieką pielęgniarek i wyszedł. Kilka minut po jego wyjściu, w
drzwiach pomieszczenia pojawił się „chłopak” dziewczyny.
- Cześć, jak się czujesz? – dopytywał zmartwiony.
- A jak mam się czuć? Mam złamaną rękę, boli mnie – odpowiedziała ozięble pacjentka.
- A no tak… - na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie. Prawą dłonią dotknął się w tył głowy, a potem usiadł na krześle koło szpitalnego łóżka, na którym leżała Yu Ri. – Przepraszam.
- Dobrze, a teraz tłumacz się. Od kiedy niby jesteś moim chłopakiem?
- To… zabawna historia… PRZEPRASZAM x5
- Dobra, tylko nikomu już nie opowiadaj takich głupot, jasne? Nie mogę się gniewać, bo mimo że to przez ciebie jestem w takim stanie, to zabrałeś mnie do szpitala, a nie zignorowałeś. A teraz powiedz… wiesz kiedy mogę stąd wyjść?
- Teraz. Ubierz się i wychodzimy. Czekam na dole – powiedział i wyszedł, nie dając dzierlatce czasu na żadną reakcję.
- A…ha…
- A jak mam się czuć? Mam złamaną rękę, boli mnie – odpowiedziała ozięble pacjentka.
- A no tak… - na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie. Prawą dłonią dotknął się w tył głowy, a potem usiadł na krześle koło szpitalnego łóżka, na którym leżała Yu Ri. – Przepraszam.
- Dobrze, a teraz tłumacz się. Od kiedy niby jesteś moim chłopakiem?
- To… zabawna historia… PRZEPRASZAM x5
- Dobra, tylko nikomu już nie opowiadaj takich głupot, jasne? Nie mogę się gniewać, bo mimo że to przez ciebie jestem w takim stanie, to zabrałeś mnie do szpitala, a nie zignorowałeś. A teraz powiedz… wiesz kiedy mogę stąd wyjść?
- Teraz. Ubierz się i wychodzimy. Czekam na dole – powiedział i wyszedł, nie dając dzierlatce czasu na żadną reakcję.
- A…ha…
