sobota, 15 listopada 2014

wątek 5 - rozdział 2#

Rozdział 2# - Przekleństwa codzienności


Kolejny dzień pełen przekleństw. Można by pomyśleć, że to się już nigdy nie zmieni. Prawdopodobnie tak będzie, ale w sumie ona zaczęła się przyzwyczajać. To nie jest nic nadzwyczajnego. Gwałtowne, mocne popchnięcie i Akihiko ląduje na podłodze. Zimnej posadzce damskiej toalety, rzadko uczęszczanej ze względu na unoszący się tam odór palonego tytoniu i zaschniętej krwi. Nie jest łatwo domyć pozostałości po rubinowym płynie z żył nastoletniej samobójczyni, zwłaszcza nie dokładając do tego najmniejszych starań. Dyrekcja nie dba o takie szczegóły. W końcu to nie jest płatna placówka. Kilka groszy potrafiłoby załatwić wiele spraw w tym środowisku. Wystarczy pomachać nauczycielowi przed nosem kilkoma banknotami i promocję do następnej klasy masz gwarantowaną. Nikt i tak tego nie robi, bo pieniądze są bardziej potrzebne. Nishimura przestała nosić przy sobie drobne, by nie ulegać kradzieżom. Zamiast tego ma lekkie (i cięższe) obrażenia, ale stać ją na chleb. "Dziś" wychodzi nieco poza codzienne schematy. Dziewczyna chwiejnie i z lekkim drżeniem podniosła się, stanęła mocno na nogach i odczekała chwilę, by całkowicie złapać równowagę. Prawie się udało, ale lekkie zachwianie sprawiło, że zaczęła powracać do poprzedniej pozycji. Jednak coś ją przed tym uchroniło, a raczej ktoś. Zadbany, wysoki chłopak o pomarańczowej czuprynie wyciągnął ją z pomieszczenia i wyprowadził na dach budynku. Rzucił krótkie, zaciekawione, ale trudne do rozszyfrowania spojrzenie w jej stronę i wycofał się do szkoły. Nie mogła w to uwierzyć. Ktoś jej pomógł...


Już pora wyjść. Yu Ri ubrała białą koszulę i okryła ją marynarką. Wcześniej na nogi wsunęła granatową spódnicę w białą kratę. Delikatnym ruchem pogładziła materiał od góry do dołu, patrząc na niego z dumą. *Chociaż tam muszę się postarać, by nie zmarnować tego co mam*- pomyślała. Pewnym krokiem ruszyła w stronę szkoły. Dzisiaj wyjątkowo miała pozwolenie na przyjście godzinę później. Niełatwo jest radzić sobie w jej wieku. Dostarczanie mleka nie jest zbyt wygodnym zajęciem, ale nic nie da się na to poradzić.  *Będzie lepiej, będzie lepiej...*-powtarzała w myślach aż stanęła u progu klasy. Nikt nie zauważył jej przyjścia. Nikt jej tam właściwie nie znał, nawet jeśli ona znała nazwisko każdego ucznia, który siedział w jej klasie, a także jego zainteresowania. Jest bardzo uważnym słuchaczem, nie chcąc tego zbytnio. Czymś trzeba się zajmować podczas przerwy. Wyjęła ze starej skórzanej torby niewielkie niebieskie pudełeczko, które zostawiła jej mama. Każdego dnia pakowała tam śniadanie... Jeśli można to tak nazwać. Była to jedynie kromka chleba i kartonik mleka. W porównaniu do innych uczniów jej śniadanie wyglądało na więzienne. Cóż poradzić... Nagle coś przykuło uwagę dziewczyny. Biała plamka na dnie znoszonej torby. Z zaciekawienia włożyła tam rękę. Natychmiastowym skutkiem decyzji był krzyk i spadnięcie z krzesła. Mysz w torbie, co?! Zaraz potem z ust chłopaka stojącego w rogu klasy wydobył się donośny śmiech. Nastolatek o jasnej, wręcz platynowej czuprynie zabrał swojego pupila z własności dzierlatki. Z zadziornym uśmiechem pogładził ją po policzku i wrócił na swoje miejsce. Zadzwonił dzwonek na lekcje.


Min Xiu po raz kolejny ubrała swój pogięty fartuch i zaczęła przechadzać się po okolicy w poszukiwaniu pacjentów. Oczywiście miała grupkę stałych "klientów", ale nigdy nie wiadomo czy po drodze nie znajdzie się jakiś bezdomny czy nie potrafiący chodzić człowiek. Nagle zza rogu wyszło dwóch mało przyjaźnie wyglądających panów. Dziewczyna już wiedziała co się święci... Chwyciła skórzaną apteczkę pod pachę i rzuciła się biegiem w lewo. Biegła bardzo szybko, ale gangsterzy wciąż siedzieli jej na ogonie. Gwałtownie skręciła w prawo i weszła do najbliższego mieszkania, którego drzwi były akurat otwarte. Odruchowo zasunęła drzwi na zasuwę i upadła na podłogę z ulgą na twarzy, jednak powstrzymywała oddech, by jej nie usłyszeli. Gdy kroki z zewnątrz ucichły, odetchnęła. Postanowiła rozeznać się w sytuacji, więc wstała i zaczęła się rozglądać. Była w niewielkim, jednopokojowym mieszkanku. Na ścianie wisiał kalendarz i zegar. Przy naprzeciwległej ścianie stało łóżko, a na nim leżała szczupła blondynka. Podeszła bliżej do właścicielki pokoju.
- Hej, przepraszam, że weszłam tu bez pytania - powiedziała cichym głosem na wypadek, gdyby dzierlatka spała. Prawdopodobnie słusznie, bo nie otrzymała odpowiedzi. Jako, że jej lekarski instynkt nie pozwolił na opuszczenie tego miejsca, podeszła jeszcze bliżej, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Nie spostrzegła ruchów klatki piersiowej, więc szybko odwróciła blondynkę na plecy i rozpoczęła udzielanie pierwszej pomocy. Na początku sprawdziła oddech. Na szczęście mimo jej obaw, dziewczyna oddychała. Ledwo, ale zawsze. Jej oczy były podkrążone jakby nie spała dwa tygodnie albo trapiła ją ciężka choroba. Xiu położyła rękę na czole nieprzytomnej i zamarła na 10 sekund. Już wiedziała co jest nie tak. Wyjęła z apteczki małą buteleczkę z niebieskim płynem, igłę oraz strzykawkę i wstrzyknęła substancję w żyłę swojej nowej pacjentki. Czekając na rozpoczęcie działania leku przysnęła w pozycji siedzącej, w rogu pomieszczenia.
"Czy w końcu umarłam? Czy to jest niebo? Czy może piekło? Jest ciepło... To pewnie piekło. Nieważne..  Już po wszystkim." - myślała Ji Rin, gdy zaczęła się budzić. Otworzywszy oczy, ujrzała światło a zaraz potem białe ściany swego mieszkania. "Nadal żyję..." - nieświadomie szepnęła.

- Tak. Żyjesz - powiedział głos z drugiego końca pomieszczenia.

- Kim jesteś? - lekko przestraszona Ji zaczęła się podnosić.
- Lekarzem. Nieźle się załatwiłaś...
- Po co tu jesteś? Nie potrzebuję lekarza... Już nic przecież nie da się zrobić.
- Masz rację. Tak powinno być, bo Twoja choroba szybko przechodzi w głęboki stan, którego nie da się cofnąć, ale... - Min Xiu zwiesiła wzrok i widać było jej zdziwienie.
- Ale co?
- Ale u Ciebie zatrzymała się na ostatniej wyleczalnej fazie. Chyba Twój organizm potrafi się postawić. Jesteś wyjątkowo wytrzymała. W końcu nadal żyjesz. Powinnaś być martwa od dwóch tygodni, gdyby wszystko szło zgodnie z planem żyjących w Tobie bakterii.
- Cóż za wzruszenie. Żyje dłużej niż powinnam. 
- Tak i pożyjesz nawet dłużej niż normalny człowiek. 
- Co masz na myśli?
- Jeszcze nie wiem dokładnie. Wytłumaczę Ci to kiedy indziej. Muszę pomyśleć i zrobić badania.
- Czekaj... Czyli ja mogę wydobrzeć?
- Nie czujesz się już lepiej? Stoisz bez problemu... I pomocy.
- Masz rację...  Jak to zrobiłaś?
- Podałam Ci pewien lek, który... Jak to powiedzieć.. Ostatnio ugotowałam...
- Co?! Jestem jakimś królikiem doświadczalnym?
- Pomaga, więc.. Nie martw się. Gorzej by być nie mogło. Nikt inny by Ci nie pomógł.
- DZIĘKI. Skąd się tu wgl wzięłaś?
Brunetka zamilkła, by zastanowić się czy powiedzieć prawdę... O tym, że gonili ją faceci z mafii, bo jest zamieszana w parę incydentów i trafiła tu przez przypadek. Ostatecznie postanowiła pominąć kilka mało (wg niej) istotnych faktów.

- Szukałam pacjentów i przez przypadek zobaczyłam przez Twoje okno, że jesteś nieprzytomna.

- Chyba miałam szczęście - lekko się uśmiechnęła, ale jej dusza skakała z radości. Nie rozumiała, jak jej sytuacja mogła tak drastycznie się zmienić. Na nowo miała ochotę się starać.. Teraz pojawiły się możliwości! 
- W takim razie ja już pójdę. Przyjdę jutro, by podać Ci leki. Spróbuj stopniowo przyzwyczajać się do częstego chodzenia. Za kilka dni powinnaś być w stanie pójść do szkoły. Trzymaj się – wyszła.
- Dziękuję.


Po wyjściu medyka, Ji Rin usiadła na łóżku. Po chwili wpatrywania się w okno ponownie wstała i powolnym, ostrożnym krokiem wyszła na zewnątrz. Odetchnęła kilka razy zimnym powietrzem, które lekko drażniło jej gardło. Jeszcze nigdy nie czuła się tak dobrze.  Był to pozytywny ból, dzięki któremu poczuła, że żyje. Nareszcie. Żyje.


*Teraz już czas, by wrócić do domu*- odetchnęła z ulgą młoda lekarka. Ogarnęła ją ekscytacja. Znowu udało się uratować komuś życie. Mimo tego sprawa śmiertelnie chorej dziewczyny jest zastanawiająca. Jak udało jej się przeżyć? O co w tym wszystkim chodzi? Tego musiała się dowiedzieć za wszelką cenę. Zafascynowało ją to, jednak w tej chwili marzyła tylko o położeniu się we własnym, ciepłym łóżku. Aby dojść do domu musiała przejść około dwóch kilometrów (których większą część wcześniej przebiegła), więc wyjęła z kieszeni lekko nadużytą już, szaro-białą mp3-ójkę i podłączyła do niej różowe słuchawki. Swobodnie przechodząc między zdewastowanymi budynkami, które od dawna świecą pustką, słuchała swojej ulubionej piosenki. Piosenki dosyć mało popularnej, ale trafiającej prosto w serce, której tytuł brzmi:„Take off mask”. Jest to rockowa piosenka, bo taką muzykę Min Xiu lubi najbardziej. Dodatkowo, głos wykonawcy sprawiał, że ciarki przchodziły przez całe ciało dzierlatki. Nagle, nucąc sobie w myślach, ujrzała szczupłą, wysoką sylwetkę. Ktoś stał po drugiej stronie ścieżki, opierając się o ścianę budynku, którego rozbiórka miała mieć niedługo miejsce. Chłopak o białej jak mąka cerze i dokładnie odwrotnym kolorze włosów. Trzymając gitarę w prawej ręce, obrócił spojrzenie w jej stronę.   



*Wszystkie nazwy i imiona prócz nazwy miasta oraz imion postaci męskich są zmyślone*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz