Rozdział 2# - Przekleństwa codzienności
Kolejny
dzień pełen przekleństw. Można by pomyśleć, że to się już nigdy nie zmieni.
Prawdopodobnie tak będzie, ale w sumie ona zaczęła się przyzwyczajać. To nie
jest nic nadzwyczajnego. Gwałtowne, mocne popchnięcie i Akihiko ląduje na
podłodze. Zimnej posadzce damskiej toalety, rzadko uczęszczanej ze względu na
unoszący się tam odór palonego tytoniu i zaschniętej krwi. Nie jest łatwo domyć
pozostałości po rubinowym płynie z żył nastoletniej samobójczyni, zwłaszcza nie
dokładając do tego najmniejszych starań. Dyrekcja nie dba o takie szczegóły. W
końcu to nie jest płatna placówka. Kilka groszy potrafiłoby załatwić wiele
spraw w tym środowisku. Wystarczy pomachać nauczycielowi przed nosem kilkoma
banknotami i promocję do następnej klasy masz gwarantowaną. Nikt i tak tego nie
robi, bo pieniądze są bardziej potrzebne. Nishimura przestała nosić przy sobie
drobne, by nie ulegać kradzieżom. Zamiast tego ma lekkie (i cięższe) obrażenia,
ale stać ją na chleb. "Dziś" wychodzi nieco poza codzienne schematy.
Dziewczyna chwiejnie i z lekkim drżeniem podniosła się, stanęła mocno na nogach
i odczekała chwilę, by całkowicie złapać równowagę. Prawie się udało, ale
lekkie zachwianie sprawiło, że zaczęła powracać do poprzedniej pozycji. Jednak
coś ją przed tym uchroniło, a raczej ktoś. Zadbany, wysoki chłopak o
pomarańczowej czuprynie wyciągnął ją z pomieszczenia i wyprowadził na dach
budynku. Rzucił krótkie, zaciekawione, ale trudne do rozszyfrowania spojrzenie
w jej stronę i wycofał się do szkoły. Nie mogła w to uwierzyć. Ktoś jej
pomógł...
Już pora
wyjść. Yu Ri ubrała białą koszulę i okryła ją marynarką. Wcześniej na nogi
wsunęła granatową spódnicę w białą kratę. Delikatnym ruchem pogładziła materiał
od góry do dołu, patrząc na niego z dumą. *Chociaż tam muszę się postarać, by
nie zmarnować tego co mam*- pomyślała. Pewnym krokiem ruszyła w stronę szkoły.
Dzisiaj wyjątkowo miała pozwolenie na przyjście godzinę później. Niełatwo jest
radzić sobie w jej wieku. Dostarczanie mleka nie jest zbyt wygodnym zajęciem,
ale nic nie da się na to poradzić.
*Będzie lepiej, będzie lepiej...*-powtarzała w myślach aż stanęła u
progu klasy. Nikt nie zauważył jej przyjścia. Nikt jej tam właściwie nie znał,
nawet jeśli ona znała nazwisko każdego ucznia, który siedział w jej klasie, a
także jego zainteresowania. Jest bardzo uważnym słuchaczem, nie chcąc tego
zbytnio. Czymś trzeba się zajmować podczas przerwy. Wyjęła ze starej skórzanej
torby niewielkie niebieskie pudełeczko, które zostawiła jej mama. Każdego dnia
pakowała tam śniadanie... Jeśli można to tak nazwać. Była to jedynie kromka
chleba i kartonik mleka. W porównaniu do innych uczniów jej śniadanie wyglądało
na więzienne. Cóż poradzić... Nagle coś przykuło uwagę dziewczyny. Biała plamka
na dnie znoszonej torby. Z zaciekawienia włożyła tam rękę. Natychmiastowym
skutkiem decyzji był krzyk i spadnięcie z krzesła. Mysz w torbie, co?! Zaraz
potem z ust chłopaka stojącego w rogu klasy wydobył się donośny śmiech.
Nastolatek o jasnej, wręcz platynowej czuprynie zabrał swojego pupila z
własności dzierlatki. Z zadziornym uśmiechem pogładził ją po policzku i wrócił
na swoje miejsce. Zadzwonił dzwonek na lekcje.
Min Xiu
po raz kolejny ubrała swój pogięty fartuch i zaczęła przechadzać się po okolicy
w poszukiwaniu pacjentów. Oczywiście miała grupkę stałych "klientów",
ale nigdy nie wiadomo czy po drodze nie znajdzie się jakiś bezdomny czy nie
potrafiący chodzić człowiek. Nagle zza rogu wyszło dwóch mało przyjaźnie
wyglądających panów. Dziewczyna już wiedziała co się święci... Chwyciła
skórzaną apteczkę pod pachę i rzuciła się biegiem w lewo. Biegła bardzo szybko,
ale gangsterzy wciąż siedzieli jej na ogonie. Gwałtownie skręciła w prawo i
weszła do najbliższego mieszkania, którego drzwi były akurat otwarte. Odruchowo
zasunęła drzwi na zasuwę i upadła na podłogę z ulgą na twarzy, jednak
powstrzymywała oddech, by jej nie usłyszeli. Gdy kroki z zewnątrz ucichły,
odetchnęła. Postanowiła rozeznać się w sytuacji, więc wstała i zaczęła się
rozglądać. Była w niewielkim, jednopokojowym mieszkanku. Na ścianie wisiał
kalendarz i zegar. Przy naprzeciwległej ścianie stało łóżko, a na nim leżała
szczupła blondynka. Podeszła bliżej do właścicielki pokoju.
- Hej,
przepraszam, że weszłam tu bez pytania - powiedziała cichym głosem na wypadek,
gdyby dzierlatka spała. Prawdopodobnie słusznie, bo nie otrzymała odpowiedzi.
Jako, że jej lekarski instynkt nie pozwolił na opuszczenie tego miejsca,
podeszła jeszcze bliżej, by sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Nie
spostrzegła ruchów klatki piersiowej, więc szybko odwróciła blondynkę na plecy
i rozpoczęła udzielanie pierwszej pomocy. Na początku sprawdziła oddech. Na
szczęście mimo jej obaw, dziewczyna oddychała. Ledwo, ale zawsze. Jej oczy były
podkrążone jakby nie spała dwa tygodnie albo trapiła ją ciężka choroba. Xiu
położyła rękę na czole nieprzytomnej i zamarła na 10 sekund. Już wiedziała co
jest nie tak. Wyjęła z apteczki małą buteleczkę z niebieskim płynem, igłę oraz
strzykawkę i wstrzyknęła substancję w żyłę swojej nowej pacjentki. Czekając na
rozpoczęcie działania leku przysnęła w pozycji siedzącej, w rogu pomieszczenia.
"Czy w
końcu umarłam? Czy to jest niebo? Czy może piekło? Jest ciepło... To pewnie
piekło. Nieważne.. Już po
wszystkim." - myślała Ji Rin, gdy zaczęła się budzić. Otworzywszy oczy,
ujrzała światło a zaraz potem białe ściany swego mieszkania. "Nadal
żyję..." - nieświadomie szepnęła.
- Tak. Żyjesz - powiedział głos z
drugiego końca pomieszczenia.
- Kim jesteś? - lekko przestraszona Ji zaczęła się podnosić.
- Lekarzem. Nieźle się załatwiłaś...
- Po co tu jesteś? Nie potrzebuję lekarza... Już nic przecież nie da się
zrobić.
- Masz rację. Tak powinno być, bo Twoja choroba szybko przechodzi w głęboki
stan, którego nie da się cofnąć, ale... - Min Xiu zwiesiła wzrok i widać było
jej zdziwienie.
- Ale co?
- Ale u Ciebie zatrzymała się na ostatniej wyleczalnej fazie. Chyba Twój
organizm potrafi się postawić. Jesteś wyjątkowo wytrzymała. W końcu nadal żyjesz.
Powinnaś być martwa od dwóch tygodni, gdyby wszystko szło zgodnie z planem
żyjących w Tobie bakterii.
- Cóż za wzruszenie. Żyje dłużej niż powinnam.
- Tak i pożyjesz nawet dłużej niż normalny człowiek.
- Co masz na myśli?
- Jeszcze nie wiem dokładnie. Wytłumaczę Ci to kiedy indziej. Muszę pomyśleć i
zrobić badania.
- Czekaj... Czyli ja mogę wydobrzeć?
- Nie czujesz się już lepiej? Stoisz bez problemu... I pomocy.
- Masz rację... Jak to zrobiłaś?
- Podałam Ci pewien lek, który... Jak to powiedzieć.. Ostatnio ugotowałam...
- Co?! Jestem jakimś królikiem doświadczalnym?
- Pomaga, więc.. Nie martw się. Gorzej by być nie mogło. Nikt inny by Ci nie
pomógł.
- DZIĘKI. Skąd się tu wgl wzięłaś?
Brunetka
zamilkła, by zastanowić się czy powiedzieć prawdę... O tym, że gonili ją faceci
z mafii, bo jest zamieszana w parę incydentów i trafiła tu przez przypadek.
Ostatecznie postanowiła pominąć kilka mało (wg niej) istotnych faktów.
- Szukałam pacjentów i przez
przypadek zobaczyłam przez Twoje okno, że jesteś nieprzytomna.
- Chyba miałam szczęście - lekko się uśmiechnęła, ale jej dusza skakała z
radości. Nie rozumiała, jak jej sytuacja mogła tak drastycznie się zmienić. Na
nowo miała ochotę się starać.. Teraz pojawiły się możliwości!
- W takim razie ja już pójdę. Przyjdę jutro, by podać Ci leki. Spróbuj
stopniowo przyzwyczajać się do częstego chodzenia. Za kilka dni powinnaś być w
stanie pójść do szkoły. Trzymaj się – wyszła.
- Dziękuję.
Po
wyjściu medyka, Ji Rin usiadła na łóżku. Po chwili wpatrywania się w okno
ponownie wstała i powolnym, ostrożnym krokiem wyszła na zewnątrz. Odetchnęła
kilka razy zimnym powietrzem, które lekko drażniło jej gardło. Jeszcze nigdy
nie czuła się tak dobrze. Był to
pozytywny ból, dzięki któremu poczuła, że żyje. Nareszcie. Żyje.
*Wszystkie nazwy i imiona prócz nazwy miasta oraz imion postaci męskich są zmyślone*


