Rozdział
1# - Dzielnica rozpaczy
Seul. Piękne, zatłoczone miasto.
Wszędzie pełno ludzi zmierzających do konkretnego celu. Nikt się nie ogląda. Co
jakiś czas ktoś odbiera telefon, kłóci się przez niego, dyskutuje na tematy
biznesowe lub rodzinne. Wokół pełno eleganckich, oficjalnych stroi. Na ulicach
roi się od drogich samochodów. Idealny przykład stolicy państwa. Ukazany w
pięknym świetle na ekranie telewizora. No tak… Na ekranie… W dramie. Jeżeli
ktoś ukazuje tylko bogate dzielnice i centra to zawsze będzie to tak wyglądało.
Jednak to tylko pozory. Nie wszystko wygląda tutaj tak kolorowo. Właśnie to
myśli sobie pewna dziewczyna, która siedzi przed 25-cio calowym telewizorem,
który ledwo co odbiera sygnał z nadajników oddalonych o ponad 20km. Tutaj nie ma telewizji
kablowej. Tutaj – w najbiedniejszej dzielnicy Seulu, Junggun-gu, kolorowe jest
jedynie lekko zgniłe jabłko nadgryzione dzień wcześniej. Nie zostało ruszone
już więcej, bo w końcu trzeba oszczędzić coś na obiad. A tak… obiad. Już pora
coś przekąsić. Brązowowłosa Yu Ri sięgnęła po napoczęty owoc i zawołała swojego
starszego brata.
-Jin! Pora jeść – chłopak o włosach w jasnym odcieniu brązu
wyszedł z sąsiedniego pokoju. Na jego twarzy nie było widać zachwytu, a nawet
najmniejszego uśmiechu. Jednak zawsze, gdy widział twarz swojej siostrzyczki
starał się zachowywać pozory. Spokojnie zasiadł przy stole naprzeciw niej.
Dzierlatka wzięła do ręki stępiony już nieco nóż i pokroiła jabłko na dwie
części. Postanowiła je dokończyć, bo za kilka godzin i tak już do niczego się
nie nada. Starszy brat poklepał ją delikatnie po ramieniu i spojrzał w oczy.
-Obiecuję, że niedługo będzie lepiej. To moja wina, ale tym razem się postaram.
Wyciągnę nas z tego. Szesnastolatka tylko opuściła wzrok i przesunęła talerzyk
z posiłkiem w jego stronę. Następnie powoli skonsumowała swoją porcję. Chociaż
nic nie odpowiedziała, on wiedział co sobie myśli. Wcale mu nie uwierzyła, w
końcu tyle razy jej obiecywał, ale teraz był pewien. Tak naprawdę ona po prostu
czekała. Nie obwiniała go, bo i tak już była przyzwyczajona do takiego stanu
rzeczy. Po śmierci ich rodziców nic się nie układało. Musieli głodować, by
opłacić jej szkołę. Tylko jej, bo Seok Jin postanowił się poświęcić i porzucił
naukę. Jakby to coś dało…
Zmęczona blondynka spojrzała na stary,
pęknięty zegar wiszący na białej, pościeranej ścianie. Wybiła 3 po południu.
Jednak ona nadal nie ruszyła się łóżka. Nie miała siły. To już głębszy etap jej
choroby, a nawet nie może jechać do szpitala. Jak już przyjdzie co do czego,
nawet nikt nie zauważy, że zniknęła. Rozpłynie się jak kropla wody. Wystarczy
chwila i nie będzie nawet śladu. Nie licząc dodatkowego odoru rozkładających
się zwłok. Może przynajmniej ktoś to poczuje i przetransportuje ją do dziury w
glebie. Inne myśli nie zaprzątały jej głowy. Czekała tylko na koniec. W końcu
podniosła się i wzięła do ręki drewnianą kulę, którą wystrugała, gdy jeszcze
miała nadzieję na wyzdrowienie. Powolnym krokiem podeszła do kalendarza
umieszczonego tuż pod zegarem. Podniosła czarny marker i skreśliła kolejny
dzień. Dzisiaj wypada 15 maja. To już dwa lata, od kiedy dowiedziała się o
swojej chorobie. Nie mogła nawet podjąć leczenia, jej ojciec pozostawił po
sobie tylko długi, które już z resztą zostały spłacone. Jej własnością.
Wszystkim co miała. Włączając w to dom. Później mogła sobie pozwolić jedynie na
najmniejsze mieszkanie w Junggun-gu. Poza zegarem, kalendarzem, lodówką,
toaletą, ciepłą wodą i łóżkiem nie było tam nic. No może prócz sterty opakowań
po ramenie. A no tak. Jednak było coś co jej zostało i komornik tego nie
zabrał. Pięćdziesiąt opakowań ramenu. To na szczęście pożywienie o długiej
dacie przydatności. Mimo to nie smakowało zbyt dobrze ze względu na brak
wrzątku. Natasha mogła się zadowolić jedynie lekko ciepławą, twardą masą z dodatkiem
ostrych przypraw. Dla niej i tak to już nie miało znaczenia. Dwa dni temu
przestała żywić się nawet tym. Nie jadła już nic. Tylko co jakiś czas wypijała
szklankę wody. Właśnie teraz podeszła do kranu i nalała sobie trochę.
Pojedynczymi łykami opróżniła naczynie i z powrotem wróciła do łóżka. Ułożyła
się wygodnie. Przynajmniej tak myślała, bo nie odczuwała nic nadzwyczajnego.
Nie dbała o to. Wbiła wzrok w sufit, a ręce splotła nad głową. Po dłuższej
chwili, jej powieki opadły, a ona zapadła w głęboki sen…
Drobna Japonka o blond włosach
sięgających do ramion odmawiała właśnie modlitwę. To już siódma rocznica
śmierci jej matki. Po tym jak przeniosły się do Korei Południowej, spędziły
wspólnie jedynie trzy lata. Teoretycznie. Jej matka pracowała przynajmniej 11
godzin dziennie, później wracała na dwie godziny i wychodziła znowu. Nikt nie
wiedział gdzie włóczyła się w nocy. W końcu któregoś dnia nie wróciła. To tyle,
nic wielkiego. Nic wielkiego, gdyby nie to, że zostawiła swoją dziewięcioletnią
córkę na pastwę tego okrutnego świata. Szkoła w której się uczyła nie była zbyt
tolerancyjna. Uczniowie akceptowali jedynie osoby tego samego pochodzenia,
które ulegały ich wpływowi. Akihiko nigdy taka nie była. Zawsze postępowała
sprawiedliwie i według własnego zdania. Zawsze ciężko pracowała na swój sukces.
W przyszłości chciała czegoś dokonać, czegoś co pomogłoby w jakiś sposób
światu. Po stracie ostatniego członka rodziny, który utrzymywał z nią kontakt,
była zdana na siebie, więc te plany odeszły gdzieś daleko. Teraz zależy jej
jedynie, by przetrwać. Zamieszkując małą, brązową chatkę w Junggun-gu i tak nie
miała innych możliwości. Jedyne co miała to nadzieja na lepsze jutro i sterty książek,
które dostała od miłego pana – właściciela pobliskiej biblioteki. Oczywiście
dostawała tylko książki, których nikt nie czytał. Chociaż czasem trafiało się
coś popularnego. Jednak głównie były to lektury naukowe. Ten właściciel nie był
biedny, ale lubił prowadzić skromny tryb życia, dlatego mieszkał w okolicy.
Dzierlatka, żeby jakoś sobie poradzić czasem pomagała mu w interesie. Stała w
weekendy po kilka godzin za biurkiem i od czasu do czasu obsługiwała klientów,
którzy pragnęli wypożyczyć jakąś powieść lub innego rodzaju utwór. Nie jest to
jakieś wymagające zajęcie, ale lepsze niż bezczynne siedzenie. Poza tym
uczęszczała wciąż do szkoły. Szkoła… Każdy dzień przebywania tam jest dla niej
jak koszmar, który trwa wieczność. Ze względu na jej pochodzenie i niezbyt
uległy charakter, nie jest łatwo. Musi uważać, bo cokolwiek zrobi spotyka się z
szykanowaniem i prześladowaniem. Najmniejszy błąd, najcichsza uwaga w stronę
innego ucznia i nie ma spokoju przez następny miesiąc. Później wraca do domu z
siniakami, brudnym mundurkiem lub cała mokra. Czasem nawet z powierzchownymi
ranami. Najgorsze jest to, że nauczyciele to widzą, ale nic z tym nie robią. W
końcu jest tam tyle innych dzieciaków, więc kogo obchodzi los jakiejś
pojedynczej dziewczyny. To i tak nie ma dla nikogo znaczenia…
Długowłosa brunetka biegnie właśnie
ciemną uliczką Seulu. Już prawie wkroczyła na teren Junggun-gu. Jeszcze trochę
i uda jej się zgubić ludzi, którzy ją gonią. Wie, że musi biec szybciej, bo
inaczej nie uniknie najgorszego. Już wiele razy miała siniaki, rany, krwawiło
jej z nosa, ale co miała poradzić. Musiała jakoś żyć, nawet jeśli okradanie
gangsterów to mało bezpieczne zajęcie. Była całkiem sprytna, więc umiała umknąć
tak, że nawet by się nie zorientowali, że coś zabrała. Czasem jednak zdarzało
się, że ją przyuważyli i wtedy już inaczej to wszystko wyglądało. Min Xiu
skręciła gwałtownie w prawo, by zmylić pościg. Zwinnym ruchem wskoczyła na
niewysoki mur. Po przekroczeniu go, otworzyła klapę do dużej rury
kanalizacyjnej. W połowie przeszła przez klapkę, która była nad jej głową. Tym
sposobem udało jej się dostać do domu. Przemyła ręce i odwinęła skradzione
pożywienie oraz trochę gotówki. Następnie dokładnie obmyła folię, by móc
ponownie jej użyć. Jedzenie starannie ułożyła w niewielkiej szafce nad stołem.
Wymiar jej mieszkania wynosił nie więcej niż 5m x 4m. Pieniądze włożyła do
skórzanej, przetartej już, niewielkiej torby. Zdjęła buty i weszła do łazienki.
Rozebrała się z ubrań. Dokładnie zmyła z siebie brud (na tyle dokładnie, na ile
pozwalała jej woda z miski). Na koniec pokropiła się niewielką ilością perfum z
Egiptu. Ostatnim prezentem od jej rodziców, po tym jak zostali zamordowani. Gdy
już się przebrała, starannie przeczesała włosy i spięła je w niedbałego koka, a
na głowę założyła czapkę z daszkiem. Zabrała zdobytą gotówkę i pobiegła do
sklepu medycznego. Kupiła potrzebne akcesoria. Zamiast wrócić do mieszkania,
ruszyła w stronę małej kliniki. Nie był to żaden specjalistyczny ośrodek. Po
prostu mała klinika prowadzona przez bardzo starego, uznanego lekarza.
Przychodzili tu okoliczni mieszkańcy. Mimo iż lecznica nie posiada drogiego
sprzętu, każdy ufa tutejszemu leczeniu. Dodatkowo, nikt nie pobiera za nie
opłaty. Nastolatka założyła biały fartuch lekarski, zdjęła czapkę, a na jej
twarzy pojawił się uśmiech. Była dumna ze swojego zajęcia, mimo że nie ma z
niego żadnych korzyści materialnych. Cieszyła się jednak, że może pomagać.
Zwłaszcza, że dużo osób tutaj potrzebuje pomocy…
*Wszystkie nazwy i imiona prócz nazwy miasta oraz imion postaci męskich są zmyślone*