niedziela, 11 maja 2014

wątek 5 - rozdział 1# - dzielnica rozpaczy!

Rozdział 1# - Dzielnica rozpaczy


Seul. Piękne, zatłoczone miasto. Wszędzie pełno ludzi zmierzających do konkretnego celu. Nikt się nie ogląda. Co jakiś czas ktoś odbiera telefon, kłóci się przez niego, dyskutuje na tematy biznesowe lub rodzinne. Wokół pełno eleganckich, oficjalnych stroi. Na ulicach roi się od drogich samochodów. Idealny przykład stolicy państwa. Ukazany w pięknym świetle na ekranie telewizora. No tak… Na ekranie… W dramie. Jeżeli ktoś ukazuje tylko bogate dzielnice i centra to zawsze będzie to tak wyglądało. Jednak to tylko pozory. Nie wszystko wygląda tutaj tak kolorowo. Właśnie to myśli sobie pewna dziewczyna, która siedzi przed 25-cio calowym telewizorem, który ledwo co odbiera sygnał z nadajników oddalonych o ponad 20km.  Tutaj nie ma telewizji kablowej. Tutaj – w najbiedniejszej dzielnicy Seulu, Junggun-gu, kolorowe jest jedynie lekko zgniłe jabłko nadgryzione dzień wcześniej. Nie zostało ruszone już więcej, bo w końcu trzeba oszczędzić coś na obiad. A tak… obiad. Już pora coś przekąsić. Brązowowłosa Yu Ri sięgnęła po napoczęty owoc i zawołała swojego starszego brata.

-Jin! Pora jeść – chłopak o włosach w jasnym odcieniu brązu wyszedł z sąsiedniego pokoju. Na jego twarzy nie było widać zachwytu, a nawet najmniejszego uśmiechu. Jednak zawsze, gdy widział twarz swojej siostrzyczki starał się zachowywać pozory. Spokojnie zasiadł przy stole naprzeciw niej. Dzierlatka wzięła do ręki stępiony już nieco nóż i pokroiła jabłko na dwie części. Postanowiła je dokończyć, bo za kilka godzin i tak już do niczego się nie nada. Starszy brat poklepał ją delikatnie po ramieniu i spojrzał w oczy.

-Obiecuję, że niedługo będzie lepiej. To moja wina, ale tym razem się postaram. Wyciągnę nas z tego. Szesnastolatka tylko opuściła wzrok i przesunęła talerzyk z posiłkiem w jego stronę. Następnie powoli skonsumowała swoją porcję. Chociaż nic nie odpowiedziała, on wiedział co sobie myśli. Wcale mu nie uwierzyła, w końcu tyle razy jej obiecywał, ale teraz był pewien. Tak naprawdę ona po prostu czekała. Nie obwiniała go, bo i tak już była przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy. Po śmierci ich rodziców nic się nie układało. Musieli głodować, by opłacić jej szkołę. Tylko jej, bo Seok Jin postanowił się poświęcić i porzucił naukę. Jakby to coś dało…




Zmęczona blondynka spojrzała na stary, pęknięty zegar wiszący na białej, pościeranej ścianie. Wybiła 3 po południu. Jednak ona nadal nie ruszyła się łóżka. Nie miała siły. To już głębszy etap jej choroby, a nawet nie może jechać do szpitala. Jak już przyjdzie co do czego, nawet nikt nie zauważy, że zniknęła. Rozpłynie się jak kropla wody. Wystarczy chwila i nie będzie nawet śladu. Nie licząc dodatkowego odoru rozkładających się zwłok. Może przynajmniej ktoś to poczuje i przetransportuje ją do dziury w glebie. Inne myśli nie zaprzątały jej głowy. Czekała tylko na koniec. W końcu podniosła się i wzięła do ręki drewnianą kulę, którą wystrugała, gdy jeszcze miała nadzieję na wyzdrowienie. Powolnym krokiem podeszła do kalendarza umieszczonego tuż pod zegarem. Podniosła czarny marker i skreśliła kolejny dzień. Dzisiaj wypada 15 maja. To już dwa lata, od kiedy dowiedziała się o swojej chorobie. Nie mogła nawet podjąć leczenia, jej ojciec pozostawił po sobie tylko długi, które już z resztą zostały spłacone. Jej własnością. Wszystkim co miała. Włączając w to dom. Później mogła sobie pozwolić jedynie na najmniejsze mieszkanie w Junggun-gu. Poza zegarem, kalendarzem, lodówką, toaletą, ciepłą wodą i łóżkiem nie było tam nic. No może prócz sterty opakowań po ramenie. A no tak. Jednak było coś co jej zostało i komornik tego nie zabrał. Pięćdziesiąt opakowań ramenu. To na szczęście pożywienie o długiej dacie przydatności. Mimo to nie smakowało zbyt dobrze ze względu na brak wrzątku. Natasha mogła się zadowolić jedynie lekko ciepławą, twardą masą z dodatkiem ostrych przypraw. Dla niej i tak to już nie miało znaczenia. Dwa dni temu przestała żywić się nawet tym. Nie jadła już nic. Tylko co jakiś czas wypijała szklankę wody. Właśnie teraz podeszła do kranu i nalała sobie trochę. Pojedynczymi łykami opróżniła naczynie i z powrotem wróciła do łóżka. Ułożyła się wygodnie. Przynajmniej tak myślała, bo nie odczuwała nic nadzwyczajnego. Nie dbała o to. Wbiła wzrok w sufit, a ręce splotła nad głową. Po dłuższej chwili, jej powieki opadły, a ona zapadła w głęboki sen…



Drobna Japonka o blond włosach sięgających do ramion odmawiała właśnie modlitwę. To już siódma rocznica śmierci jej matki. Po tym jak przeniosły się do Korei Południowej, spędziły wspólnie jedynie trzy lata. Teoretycznie. Jej matka pracowała przynajmniej 11 godzin dziennie, później wracała na dwie godziny i wychodziła znowu. Nikt nie wiedział gdzie włóczyła się w nocy. W końcu któregoś dnia nie wróciła. To tyle, nic wielkiego. Nic wielkiego, gdyby nie to, że zostawiła swoją dziewięcioletnią córkę na pastwę tego okrutnego świata. Szkoła w której się uczyła nie była zbyt tolerancyjna. Uczniowie akceptowali jedynie osoby tego samego pochodzenia, które ulegały ich wpływowi. Akihiko nigdy taka nie była. Zawsze postępowała sprawiedliwie i według własnego zdania. Zawsze ciężko pracowała na swój sukces. W przyszłości chciała czegoś dokonać, czegoś co pomogłoby w jakiś sposób światu. Po stracie ostatniego członka rodziny, który utrzymywał z nią kontakt, była zdana na siebie, więc te plany odeszły gdzieś daleko. Teraz zależy jej jedynie, by przetrwać. Zamieszkując małą, brązową chatkę w Junggun-gu i tak nie miała innych możliwości. Jedyne co miała to nadzieja na lepsze jutro i sterty książek, które dostała od miłego pana – właściciela pobliskiej biblioteki. Oczywiście dostawała tylko książki, których nikt nie czytał. Chociaż czasem trafiało się coś popularnego. Jednak głównie były to lektury naukowe. Ten właściciel nie był biedny, ale lubił prowadzić skromny tryb życia, dlatego mieszkał w okolicy. Dzierlatka, żeby jakoś sobie poradzić czasem pomagała mu w interesie. Stała w weekendy po kilka godzin za biurkiem i od czasu do czasu obsługiwała klientów, którzy pragnęli wypożyczyć jakąś powieść lub innego rodzaju utwór. Nie jest to jakieś wymagające zajęcie, ale lepsze niż bezczynne siedzenie. Poza tym uczęszczała wciąż do szkoły. Szkoła… Każdy dzień przebywania tam jest dla niej jak koszmar, który trwa wieczność. Ze względu na jej pochodzenie i niezbyt uległy charakter, nie jest łatwo. Musi uważać, bo cokolwiek zrobi spotyka się z szykanowaniem i prześladowaniem. Najmniejszy błąd, najcichsza uwaga w stronę innego ucznia i nie ma spokoju przez następny miesiąc. Później wraca do domu z siniakami, brudnym mundurkiem lub cała mokra. Czasem nawet z powierzchownymi ranami. Najgorsze jest to, że nauczyciele to widzą, ale nic z tym nie robią. W końcu jest tam tyle innych dzieciaków, więc kogo obchodzi los jakiejś pojedynczej dziewczyny. To i tak nie ma dla nikogo znaczenia…


Długowłosa brunetka biegnie właśnie ciemną uliczką Seulu. Już prawie wkroczyła na teren Junggun-gu. Jeszcze trochę i uda jej się zgubić ludzi, którzy ją gonią. Wie, że musi biec szybciej, bo inaczej nie uniknie najgorszego. Już wiele razy miała siniaki, rany, krwawiło jej z nosa, ale co miała poradzić. Musiała jakoś żyć, nawet jeśli okradanie gangsterów to mało bezpieczne zajęcie. Była całkiem sprytna, więc umiała umknąć tak, że nawet by się nie zorientowali, że coś zabrała. Czasem jednak zdarzało się, że ją przyuważyli i wtedy już inaczej to wszystko wyglądało. Min Xiu skręciła gwałtownie w prawo, by zmylić pościg. Zwinnym ruchem wskoczyła na niewysoki mur. Po przekroczeniu go, otworzyła klapę do dużej rury kanalizacyjnej. W połowie przeszła przez klapkę, która była nad jej głową. Tym sposobem udało jej się dostać do domu. Przemyła ręce i odwinęła skradzione pożywienie oraz trochę gotówki. Następnie dokładnie obmyła folię, by móc ponownie jej użyć. Jedzenie starannie ułożyła w niewielkiej szafce nad stołem. Wymiar jej mieszkania wynosił nie więcej niż 5m x 4m. Pieniądze włożyła do skórzanej, przetartej już, niewielkiej torby. Zdjęła buty i weszła do łazienki. Rozebrała się z ubrań. Dokładnie zmyła z siebie brud (na tyle dokładnie, na ile pozwalała jej woda z miski). Na koniec pokropiła się niewielką ilością perfum z Egiptu. Ostatnim prezentem od jej rodziców, po tym jak zostali zamordowani. Gdy już się przebrała, starannie przeczesała włosy i spięła je w niedbałego koka, a na głowę założyła czapkę z daszkiem. Zabrała zdobytą gotówkę i pobiegła do sklepu medycznego. Kupiła potrzebne akcesoria. Zamiast wrócić do mieszkania, ruszyła w stronę małej kliniki. Nie był to żaden specjalistyczny ośrodek. Po prostu mała klinika prowadzona przez bardzo starego, uznanego lekarza. Przychodzili tu okoliczni mieszkańcy. Mimo iż lecznica nie posiada drogiego sprzętu, każdy ufa tutejszemu leczeniu. Dodatkowo, nikt nie pobiera za nie opłaty. Nastolatka założyła biały fartuch lekarski, zdjęła czapkę, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Była dumna ze swojego zajęcia, mimo że nie ma z niego żadnych korzyści materialnych. Cieszyła się jednak, że może pomagać. Zwłaszcza, że dużo osób tutaj potrzebuje pomocy…




*Wszystkie nazwy i imiona prócz nazwy miasta oraz imion postaci męskich są zmyślone*

1 komentarz:

  1. omg, jestem biedna <3 XDD a ogółem to bardzo fajnie napisany rozdzialik ^^
    Yehet, wątek 5 już rozpoczęty, oby tylko był dłuższy od poprzedniego XDDDDDD
    Ale ok.. ja już siedzę cicho, bo muszę rozdział w końcu swój napisać <3 XDD

    OdpowiedzUsuń