Rozdział
3# - Szczęście w nieszczęściu
Po
zakończonych lekcjach Yu Ri wstała, powoli spakowała rzeczy do torby i wyszła z
klasy. Szła ostrożnym krokiem wzdłuż korytarza, gdy nagle ktoś ją popchnął.
Siwowłosy młodzieniec był już daleko przed nią. Nie przejął się zbytnio tym, że
przez niego dziewczyna upadła na zimną posadzkę. Dodatkowo, jej łokieć uległ
uszkodzeniu. Na całej jego powierzchni momentalnie pojawił się krwistoczerwony
siniak. Chwilowo nie czuła bólu, ale kiedy podniosła się na nogi, jej mózg
akurat przekazał impulsy, które pozwoliły jej odczuć skutek upadku, do odpowiedniej
części ciała. Nie potrafiła ruszyć się z miejsca, była całkowicie
sparaliżowana. W końcu otworzyła usta
jakby chciała krzyknąć, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięk. Trwała tak w
bezruchu, aż upadła ponownie. Ból ją pokonał
Kilka
godzin później brązowowłosa uczennica, ze złamaną ręką, ocknęła się w
niewielkim pomieszczeniu szpitalnym. Nie była to standardowa sala. Ściany
zamiast kolorem białym, pokryte były jasnym, pastelowym różem. Szerokość łóżka
także przekraczała tą stałą, które znajdowały się na zwykłych oddziałach. Na
stoliku po prawej stronie stał wielki bukiet szarych róż, a obok nich leżała
kartka. Dziewczyna podniosła się i podeszła do nietypowo ubarwionych kwiatów, a
następnie nachyliła się, by je powąchać. Róże musiały być perfumowane, bo
pachniały bardzo słodko, niczym landrynki owocowe. Ri wzięła do ręki
prostokątną wiadomość i zaczęła czytać na głos, ściszonym tonem: „Przepraszam,
że przeze mnie upadłaś. Mam nadzieję, że szybko ci się polepszy. Zapłaciłem za
leczenie, nie martw się. Do zobaczenia niedługo.”
Akihiko
siedziała na ławce przed szkołą rozmyślając o wczorajszych wydarzeniach. Nadal
nie mogła uwierzyć, że ktokolwiek przy czymkolwiek jej pomógł. Była w takim
szoku, że nie usłyszała dzwonka obwieszczającego początek pierwszej lekcji.
Nawet krzyki dzieciaków pośpiesznie zmierzających w stronę odpowiednich sali
nie wyciągnął Japonki z zadumy. W dalszym ciągu spoglądała na niebo z wzrokiem
pełnym nadziei. Nadziei na to, że może życie w tej szkole chociaż trochę się
polepszy i stanie się lżejsze, łatwiejsze… W pewnym momencie rozbudziła się.
Uświadomiła sobie, że nie podziękowała nieznajomemu za pomoc. Szybko więc
podniosła się i ruszyła na poszukiwania swojego wybawcy. Po kolei zaglądała
przez szyby każdej klasy, wypatrując barwnej czupryny. Przeszukała nawet
piwnicę. Ze względu na wielkość budynku zajęło jej to kilka godzin i nie
przyniosło żadnego efektu. Nigdzie go nie było. Powoli traciła wiarę, że
odnajdzie swego wybawiciela. W końcu w jej głowie pojawiły się rozmyślenia na
temat miejsc, których jeszcze nie odwiedziła. No tak… DACH. Wbiegła po schodach
na najwyższe pięto i z impetem otworzyła drzwi prowadzące na taras. Szczęście
pojawiło się w oczach dziewczyny, ale tylko na chwilę. Tu też nie było po nim
śladu.
Lekko
już zrezygnowana Japonka, przeszła jeszcze po dachu z ostatnimi okruchami
nadziei w sercu, że może jej bohater będzie się ukrywał w schowku na miotły po
drugiej jego stronie. Podeszła do niewiele od niej wyższego otworu zasłoniętego
przez kruczoczarną, z lekka wypłowiałą, zasłonę, znajdującego się w betonowej
budce o wymiarach 2mx2mx2m. Niepewnym ruchem ręki odsunęła materiał na bok. Gdy
słońce oświetliło środek ciemnej komórki, ujrzała męską sylwetkę. Chwilę
później ktoś gwałtownie wciągnął ją do wnętrza schowka i ponownie zasłonił
wejście.
*Nikt
nie ma takiego szczęścia jak ja* - to główna myśl krążąca po głowie, niedawno
umierającej, Jung Ji Rin. Teraz, gdy była świadoma, że nic jej już nie grozi,
wiedziała, że musi coś zrobić ze swoim życiem. Nie można przecież marnować
takiej szansy. Szansy, która na pewno nie pojawiła się bez powodu. To właśnie
pragnęła odkryć dziewczyna. Powód, dla którego żyje. Przecież musi jakiś być.
Na tę jednak chwilę zdecydowała się odłożyć poszukiwania na bok i pójść na
spacer, wykorzystać całą energię, która wypełniła jej ciało, gdy choroba
zaczęła znikać. Przeciągnęła się więc na łóżku, odetchnąwszy przy tym tak,
jakby pierwszy raz miała tlen w płucach. Teraz kąciki jej ust były
nieprzerwanie skierowane ku górze. Ktokolwiek zobaczyłby ten uśmiech, mógłby
pomyśleć, że tak właśnie wygląda najszczęśliwszy człowiek na świecie. Człowiek,
który ma już wszystko i niczego więcej nie potrzebuje. Później powstała na
równe nogi i kilka razy energicznie podskoczyła. Tak dawno tego nie robiła… Tak
dawno, że przez chwilę zastanawiała się, czy pamięta jak to robić. Na szczęście
nie zapomniała. Wreszcie przeszła kilka metrów w poprzek pokoju, by u kresu tej
ścieżki dotrzeć do drzwi. Pewną ręką chwyciła za zardzewiałą, przestarzałą
klamkę. Nacisnęła ją i przyciągnęła do siebie. Jej włosy rozwiał delikatny
wietrzyk z zewnątrz. Wyczuła wilgoć w atmosferze. *Prawdopodobnie w nocy
padało*- pomyślała. Przyszedł czas na pierwszy długi marsz, po tak ogromnej
przerwie. Przed wyjściem Ji Rin zrobiła jeszcze kilka przysiadów. Opuściwszy
teren mieszkania, skręciła w lewo, by opuścić gąszcz szarego zabudowania.
Wolnym tempem zmierzała przed siebie. W końcu trafiła na mały, zielony placyk,
który można by było nazwać parkiem. Prawdopodobnie nie był on odwiedzany przez
nikogo od dłuższego czasu. Dzierlatce nie przeszkadzał jednak brak towarzystwa.
W ten sposób mogła się w spokoju zrelaksować i pomyśleć o planach na
przyszłość. Wypadałoby w najbliższym czasie wrócić do szkoły…
Ach,
szkoła… Ji Rin zawsze jej nienawidziła, lecz teraz, po tak długiej przerwie,
zaczęła tęsknić. Tęsknić za mało inteligentnymi znajomimy, pozdzieranymi,
burymi ścianami, ledwo słyszalnymi dzwonkami, brakiem równouprawnienia,
znajomych i ławkami z „pięknym” graffiti, zrobionym własnoręcznie przez
uczniów. Choć ta instytucja posiada w sobie wiele negatywnej energii, to jest
miejsce, gdzie młoda Azjatka może znaleźć nowy początek. Kto wie? Może uda jej
się znaleźć jakąś przyjaciółkę, a może nawet chłopaka? Wszystko jest możliwe.
Ktoś z tej całej ferajny, którą pamięta musi być w miarę cywilizowany.